poniedziałek, 28 września, 2020

You are here: / Gotowanie / RÓWNOWAGA – moja droga

RÓWNOWAGA – moja droga

RÓWNOWAGA – moja droga
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Jeżeli tkwisz ciągle w tym samym miejscu, trudno jest Ci się zebrać do działania. Pocieszę Cię, że większość z nas tak ma. Nikomu z łatwością nie przychodzi dbanie o siebie o swoją sylwetkę, zdrowie, czystą i zrównoważoną dietę. Cały problem tkwi w tym, że trzeba znaleźć swoją drogę do sukcesu i dobrego samopoczucia 🙂

Poniżej moja historia….

Uważam, że aby zdrowo jeść nie wystarczy sobie to postanowić: „od jutra zacznę: dietę, biegać, ćwiczyć, wypełniać swoje obowiązki….” Ile razy tak mówimy? Co poniedziałek, w każdym Nowym Roku….

Zrozumiałam, że samo gadanie nie wystarczy – kluczem jest DZIAŁANIE!!

No tak, działamy przez tydzień, może dwa a później znowu wracamy do starych nawyków…

To, że jemy za dużo, niezdrowo, objadamy się , zajadamy nudę czy stres to tylko objaw problemów jakie mamy w środku, nieuporządkowania i chaosu w głowie. Wszyscy wiedzą, że fast foody szkodzą i doprowadzają do otyłości, że cukier nas zabija. Mimo tej wszechobecnej wiedzy nadal je spożywamy, ulegamy pokusom i na chwilę zapominamy o ich trujących właściwościach. Dlaczego tak jest? Zaczęłam się nad tym głęboko zastanawiać….

Znalazłam rozwiązanie jak to zmienić:

Po pierwsze: Należy być świadomym tego, co takie śmieciowe jedzenie wyrabia z naszym organizmem (uwierz mi są w internecie dostępne materiały na ten temat – nie musisz szukać w naukowych książkach).

Po drugie: Trzeba polubić siebie i zacząć siebie szanować. Bo osoba, która spożywa fast foody według mnie nie szanuje siebie i swojego zdrowia. Zrozumiałam, że aby chcieć dla siebie zdrowia i dobrego samopoczucia muszę w pełni zaakceptować siebie taką jaka jestem.

Moja droga ro RÓWNOWAGI:

Jak większość osób trochę poeksperymentowałam w życiu z dietami. Kiedyś bardziej zależało mi na tym, żebym była szczupła (trochę zapomniałam o zdrowiu).

W szkole nie miałam żadnych problemów z jedzeniem i utrzymaniem szczupłej sylwetki, ponieważ trenowałam taniec towarzyski i codzienne treningi zrobiły swoje.

Niestety pod koniec liceum przestałam tańczyć i po jakimś czasie zauważyłam, że nie jest już tak łatwo utrzymać kilogramy w „garści”. Nie przytyłam jakoś bardzo drastycznie ale zaczęły się problemy z samoakceptacją.

Tym samym zaczęłam eksperymentować z dietami: dieta kopenhaska, dieta 1000kcal, dieta 500kcal i inne. Chwilowo traciłam na wadze ale jak tylko wracałam do „normalnego” systemu żywienia to kilogramy wracały – czasem ze zdwojoną siłą.

Okres przygotowań do matury „uratował” moje ciało z opresji, ponieważ stres „zjadł” nadmiar moich kilku kilogramów. W tym czasie zaczęłam też regularnie uczęszczać na zajęcia fitness -na początku jako uczestniczka. Potrafiłam ćwiczyć 2-3 godziny dziennie.

Po maturze przyszedł czas na studia. Bywało różnie z dietą i regularnymi posiłkami ale nadal mieszkałam z rodzicami więc mama dbała o moje odżywienie. Już na 2 roku studiów zaczęłam prowadzić zajęcia fitness jako instruktorka. Miałam dosyć napięty grafik i nie miałam czasu na zbędne podjadanie więc w sumie nie było tak źle z dietą.

Gorzej było później… Po studiach odłączyłam się od rodziców i zamieszkałam „na swoim”. Wtedy zaczęłam też prowadzić więcej zajęć. Czasem 4 godziny dziennie nawet 7 razy w tygodniu.

Wtedy poczułam, że moje problemy z dietą zniknęły raz na zawsze. Bo nie musiałam o niej myśleć wcale. Jadłam to na co miałam ochotę i nie tyłam – intensywne treningi spalały wszystko. Ale nie rozumiałam jeszcze, że jedzenie służy do tego żeby nas odżywiać a nie do tego, żeby zaspokajać nasze zachcianki i przyjemność smaku.

Moja dieta wyglądała wtedy następująco:

ŚNIADANIA: serki owocowe, kulki kukurydziane czekoladowe z mlekiem i cukrem, biała bułka z nutellą lub dżemem

OBIADY: frytki, talarki, kotlety panierowane, ociekające tłuszczem, bez surówek (szkoda było na nie miejsca w żołądku…. :P)

KOLACJE: zazwyczaj około 22 (po zajęciach) zamawiałam pizzę, hamburgera lub zapiekankę XXL (nie miałam siły sama przyrządzić posiłku—> myślałam, że to dlatego , że tak intensywnie ćwiczę). Nie przyszło mi do głowy to, że jem jedzenie, które nie daje mi żadnej energii tylko przynosi same szkody.

PRZEKĄSKI: czipsy w każdej postaci i tana słodyczy: krówki, ptysie, ciasteczka, eklery, czekoladki, ciasta itp

NAPOJE: wodę piłam tylko na zajęciach, poza tym numerem 1 była mirinda, czasem inne kolorowe napoje, soki oraz napoje energetyczne.

Przez pierwszy rok tak „szalonej” diety prawie wszystko było ok. Przynajmniej tak mi się wydawało. Nie zauważałam niektórych sygnałów jakie wysyłało moje ciało lub nie chciałam ich zauważyć. Z czasem zaczęłam odczuwać skutki tej „tragicznej” diety. Były to codzienne biegunki, wzdęcia, problemy z cerą (coraz więcej wyprysków na twarzy, plecach, ramionach – tłumaczyłam to sobie tym, że ćwiczę i że to od potu… :P), bóle stawów, głównie nasilające się bóle kolan ( coraz częściej ćwiczyłam w szerokich spodniach, żeby nie było widać opaski elastycznej na kolanie), wypadające włosy, słabe paznokcie, senność, brak motywacji, coraz mniej energii i ogólne złe samopoczucie. W wynikach wyszła mi wtedy niedoczynność tarczycy i zaawansowana anemia.

Zauważyłam wtedy też, że pomimo ciężkich treningów zaczęłam powoli przybierać na wadze (efekt diety oraz tego, że organizm zaadaptował się do takiej ilości treningu).

W pewnym momencie powiedziałam: STOP!!!!

Postanowiłam to zmienić. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak to zrobię ale ważne było, że byłam na to w pełni gotowa i pewna, że tego chcę.

W mojej głowie zrodził się pomysł pójścia na studia: DIETETYKA. Po zakończeniu moich pierwszych studiów zaklinałam się na śmierć, że już nigdy więcej nie będę się tak męczyć i siedzieć z nosem w książkach ale los chciał inaczej. „Nigdy nie mów nigdy”

Tym sposobem znalazłam się ponownie na sali wykładowej razem z 80 innymi studentami. Rozejrzałam się po sali i zauważyłam, że na każdym stole stoi butelka z wodą. prawie na każdym… U mnie stała mirinda 🙂

Poczułam się dziwnie, trochę głupio i schowałam napój do torby.

Z czasem zagłębiałam się w biochemię organizmu, studiowałam krok po kroku jak pożywienie i poszczególne jego składniki oddziałują na nasz organizm. Byłam zaskoczona ( powoli zaczęło to do mnie docierać, wtedy mogłam już to sobie wyobrazić i logicznie wytłumaczyć).

Powoli zaczęłam sięgać po zdrowsze produkty. Zamieniłam wszystkie słodkie napoje wodą mineralną. Ograniczyłam słodycze. Zaczęłam spożywać więcej warzyw (w sumie miałam okres gdzie wcale ich nie spożywałam:) i owoców. Zamieniłam jasne pieczywo na ciemne. Zaczęłam jeść: kasze, komosę ryżową, płatki owsiane. Odkrywałam nowe smaki potraw i zaczęło mi się to podobać.

Na efekty nie musiałam długo czekać. Zaczynając od wagi – schudłam wtedy około 5 kilogramów bez żadnych wyrzeczeń (w sumie aż za bardzo :)). Zaczęłam się lepiej czuć i mieć więcej energii.

Nadal nie mogłam zrozumieć jak można być na diecie: paleo, wegetariańskiej i innych i nigdy więcej nie jeść ulubionych słodyczy.

Pomimo zmiany nawyków żywieniowych nie rozwiązały się moje wszystkie problemy. pozostały: bóle kolan, wypryski, problemy z jelitami, niedoczynność tarczycy, osłabienie. Postanowiłam szukać dalej.

Po studiach natknęłam się na szkolenia z dietoterapii. Podczas pierwszego dnia szkolenia już jako „pani dietetyczka” byłam pewna, że zdrowo się odżywiam i dumnie siedziałam w oczekiwaniu na jakieś „nowe” informacje. I nie zawiodłam się. To szkolenie było kolejną wielką zmianą mojego dotychczasowego poglądu na odżywianie. Prowadzące szkolenie odwróciły piramidę żywienia o 180 stopni, zaczęły mówić o szkodliwości glutenu (wcześniej myślałam, że tylko w celiakii nie wolno go spożywać), nabiale (moje jogurty, serki wiejskie…), i innych czynnikach antyodżywczych. Słuchałam i notowałam wszystko z wielkim szokiem.

Po cyklu 4 szkoleń zakupiłam polecane przez nie książki i zaczęłam czytać. Po ugruntowaniu wiedzy postanowiłam wprowadzić kolejne zmiany w moim jadłospisie:

– wyeliminowałam gluten i nabiał z diety,

– wyrzuciłam z jadłospisu wszystkie produkty przetworzone,

– zamieniłam tłuszcze na zdrowe,

– zaczęłam spożywać więcej warzyw i owoców,

– ograniczyłam cukier do minimum,

– zaczęłam suplementować brakujące witaminy i minerały,

– zajęłam się też regeneracją moich jelit,

Po roku zauważyłam dużo zmian:

– płaski brzuch (zniknęły wszelkie gazy, wzdęcia, biegunki, zaparcia),

– brak bólu w stawach,

– włosy przestały wypadać,

– zniknęły wypryski i zauważyłam ogólną poprawę wyglądu cery,

– zyskałam więcej energii i motywacji do dalszego działania,

– zajęłam się też zakwaszeniem żołądka – octem jabłkowym co wyeliminowało problemy z anemią.

Wszystko już było prawie idealnie ale nadal miałam „gorsze” dni – wtedy pomimo mojej świadomości jadłam niezdrowo, podjadałam słodycze.

Zaczęłam się zastanawiać jak to jest, ze pomimo tego, że wiem tak dużo na temat wpływu niezdrowej żywności na mój organizm, nadal zdarza mi się sięgać po przekąski.

Zaczęłam czytać…… i znalazłam rozwiązanie 🙂

Odkryłam, że mam problem w swojej głowie. Musiałam poradzić sobie ze swoimi „duchami” z przeszłości (haha jak groźnie to brzmi :P). Zamknęłam dawne sprawy. Nauczyłam się żyć tu i teraz. Zaczęłam cieszyć się chwilą, szanować siebie i swoje życie.

Aby to zrobić musiałam „pokochać siebie”. Nie znaczy to, że siebie wielbię i jestem w siebie zapatrzona 😛

Znaczy to, że akceptuję siebie taką jaka jestem i dbam o siebie. Zrozumiałam też, że wszystko co mam, to kim jestem i jak się czuję zależy tylko ode mnie. Sama muszę zadbać o swoje dobre samopoczucie i zdrowie.

Wtedy poczułam się wolna i dopiero wtedy „bycie na diecie” stało się dla mnie największym szczęściem bo jestem świadoma, że a dieta daje mi wszystko co dobre dla mnie: ZDROWIE, DOBRE SAMOPOCZUCIE, ENERGIĘ, SZCZUPŁĄ SYLWETKĘ (bez efektu jojo).

Oto moja droga do RÓWNOWAGI….:)

Zobacz także:

YOU MIGHT ALSO LIKE